Rząd mówi stanowcze NIE Magistrom! Szykują się rewolucyjne zmiany w szkolnictwie wyższym!

Ministerstwo Nauki i szkolnictwa planuje wprowadzić rewolucyjne zmiany. O przyjęciu na studia wyższe nie będą już decydowały same wyniki matur. Uniwersytety dostały wolną rękę i mogą sprawdzić czy dany kandydat ma wystarczającą wiedzę i kwalifikacje do studiowania w ich placówce. Jarosław Gowin, minister nauki i szkolnictwa wyższego do sprawy odniósł się w następujących słowach:

 

– Chcemy, aby uczelnie mogły same decydować o egzaminach wstępnych. Obecnie mogą je stosować, ale tylko z tych przedmiotów, których nie było na maturze. W praktyce zatem jest to przepis martwy.

 

Zdaniem wicepremiera uniwersytety, politechniki czy akademie powinny mieć możliwość sprawdzenia wiedzy swoich przyszłych studentów. To czy skorzystają z tego prawa zależy wyłącznie od nich.

 

Punkty z egzaminu dojrzałości nadal będą zaliczane do punktacji ogólnej, ale nie przesądzą już o wyniku rekrutacji. – O dostaniu się na studia w 50 proc. będzie decydował egzamin wstępny, a w 50 kolejnych maturalny.

 

Czy renomowane uczelnie wprowadzą rygorystyczne wymogi przy doborze kandydatów? Resort liczy, że tak. Jarosław Gowin uważa, że prestiżowe uczelnie, na których studiują najlepsi studenci w Polsce wprowadzą wstępne egzaminy. Reformę rządu popiera wielu profesorów:

 

-Wynik 85 czy 92 proc. na maturze tak naprawdę nic nam nie mówi o kandydacie. Dopiero kontakt z człowiekiem pozwala ocenić, czy ma on predyspozycje do podjęcia nauki na określonym kierunku. Doświadczony profesor jest w stanie to stwierdzić, np. w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej- komentuje profesor Krystyna Chojnicka z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 

Uczelnie publiczne są za wprowadzeniem dodatkowej selekcji kandydatów. Choćby ze względu na to, że nie ma presji na przyjmowanie dużej liczby studentów.

 

K.P, źródła: gazetaprawna.pl

 

 

 

 

 

 

Ostateczna debata kandydatów na prezydenta. Zniżyli się do naprawdę niskiego poziomu

Kandydatka skrajnej prawicy Marine Le Pen i centrysta Emmanuel Macron starli się w środę wieczorem w debacie telewizyjnej przed drugą turą wyborów prezydenckich. Była to, jak podkreślają komentatorzy, ostra wymiana oskarżeń a nie dyskusja na argumenty.

 

Już na początku debaty Marine Le Pen nazwała swego konkurenta „kandydatem dzikiej globalizacji”, „uberyzacji”, „brutalności społecznej” i „projektu poćwiartowania Francji”. Zwracała się do niego „panie ministrze”, aby przypomnieć, że był w rządzie bardzo niepopularnego obecnego prezydenta François Hollande’a.

 

Emmanuel Macron odpowiedział, że Le Pen jest „prawdziwą dziedziczką nie tylko nazwiska, ale i 40 lat skrajnej prawicy”.  To jej ojciec Jean-Marie Le Pen założył Front Narodowy, na którego czele stała do pierwszej tury obecnych wyborów.

 

Le Pen kilka razy zarzuciła Macronowi kłamstwo i „nienawiść do Francji”, a on odpowiadał, że mówi „głupstwa”, „byle co” lub że „nie wie, o czym mówi”.

 

W kwestiach ekonomicznych, krytykując „skrajny liberalizm” „reprezentanta międzynarodowej finansjery”, jak wielokrotnie nazywała swego przeciwnika, Le Pen rozwijała bardzo lewicowy program pomocy dla warstw najuboższych, zapewniając, że zamknięcie granic, „inteligentny protekcjonizm” i pozbycie się imigrantów, zapewnią wzrost gospodarczy i likwidację bezrobocia. Macron odpowiedział, że jej szczodrość kosztować musiałaby setki miliardów, których państwo nie ma.

 

Mówiąc o odejściu od euro, kandydatka skrajnej prawicy nie potrafiła spójnie wyjaśnić swego projektu, co wykorzystał jej przeciwnik pokazując, że doprowadzi to do zubożenia Francuzów poprzez spadek wartości ich oszczędności. Le Pen odpowiedziała, że katastrofę przepowiadano Brytyjczykom po Brexicie, „a ich gospodarka nigdy jeszcze nie była tak kwitnąca”.

 

„Kandydat postępu”, jak określa się Macrona, popieranego obecnie przez większość stronnictw politycznych, nie potrafił natomiast przekonywująco odpowiedzieć na wyliczane przez Le Pen zagrożenia ze strony radykalizmu islamskiego.

 

Podczas gdy Marine Le Pen zapowiedziała, że zlikwiduje możliwość zatrudniania pracowników delegowanych, Emmanuel Macron zapewniał, że wprowadzi zmiany do europejskiej dyrektywy, które zrównają ich płace i składki z obowiązującymi w kraju pracy. „Pracownicy delegowani” to obywatele UE zatrudnieni przez firmy zagraniczne, pracujący w innych niż własne krajach. We Francji największą ich grupę stanowią Polacy.

 

W sprawach polityki zagranicznej, Le Pen powtórzyła, że „Francja liczy się w świecie, gdy mówi własnym głosem”. Powiedziała, że prezydent Władimir Putin nie prowadzi nieprzychylnej dla Francji polityki, więc nie ma powodów do utrzymania sankcji wobec Rosji. Macron również stwierdził, że należy doprowadzić do normalizacji stosunków z Moskwą, ale zwrócił uwagę na kryzys ukraiński i zapewnił: „Nie poddam się dyktatom”.

 

W pierwszych komentarzach uznano, że debata nie była na poziomie, odpowiednim do wagi najwyższego urzędu w państwie.

 

PAP
kd

Tego problemu nie rozwiąże ani Macron, ani Le Pen

Jak wynika z najnowszego sondażu, na tydzień przed II turą wyborów prezydenckich we Francji wielu wyborców uważa, że ani centrysta Emmanuel Macron, ani skrajnie prawicowa Marine Le Pen nie poradzą sobie z wysokim bezrobociem i nie poprawią bezpieczeństwa kraju.

 

 

Opublikowane w niedzielę badanie opinii publicznej ośrodka Ifop dla tygodnika „Journal du Dimanche” skupia się na dwóch dziedzinach, które uważane są za kluczowe i na których najprawdopodobniej skupi się kampania w dniach przed decydującą turą wyborów – zauważa Reuters.

 

 

Sondaż wskazuje, że 45 proc. wyborców uważa, że ani Macron, ani Le Pen nie rozwiąże problemu wysokiego bezrobocia, utrzymującego się w kraju od lat na poziomie ok. 10 proc., a zdaniem 36 proc. żadne z nich nie jest w stanie uchronić Francji przed atakami terrorystycznymi.

 

 

W kraju od 2015 roku obowiązuje stan wyjątkowy i doszło do kilku islamistycznych zamachów, przeprowadzonych w większości przez młodych mężczyzn, którzy dorastali we Francji lub sąsiedniej Belgii. W atakach zginęło ponad 230 osób. Do ataku doszło ostatnio na kilka dni przed pierwszą turą wyborów prezydenckich 23 kwietnia; zginął w nim jeden policjant, a kilka osób zostało rannych. Do jego przeprowadzenia przyznało się Państwo Islamskie (IS).

 

 

Według Ifop 42 proc. wyborców jest przekonanych, że zwycięzca drugiej tury, niezależnie od tego, kto nim zostanie, nie zdoła ponownie zjednoczyć społeczeństwa po ostrej walce wyborczej, podczas gdy 43 proc. wątpi, czy nowy prezydent będzie w stanie skutecznie rządzić.

 

 

Zaledwie miesiąc po wyborach głowy państwa, w czerwcu, we Francji odbędą się wybory do niższej izby parlamentu, Zgromadzenia Narodowego, w którym do efektywnego rządzenia potrzebna jest większość głosów. Zarówno Macron, który zaledwie rok temu założył swój ruch En Marche!, jak i Le Pen, której Front Narodowy ma w Zgromadzeniu Narodowym zaledwie dwa mandaty, byli wielokrotnie pytani o zdolność do zbudowania parlamentarnej większości – przypomina Reuters.

 

 

W sobotę Le Pen ogłosiła, że jeśli zwycięży w wyborach, mianuje premierem Nicolasa Dupont-Aignana, gaullistę i przeciwnika Unii Europejskiej. Macron, który w niedzielę otrzymał oficjalne poparcie od Jean-Louis’a Borloo, byłego przywódcy niewielkiej centrowej partii UDI, nie powiedział jeszcze, komu powierzy stanowisko premiera, jeśli zostanie prezydentem.

 

 

Zdaniem analityków wynik drugiej tury wyborów 7 maja będzie w dużej mierze zależał od tego, na kogo zagłosują niezdecydowani wyborcy, oraz od absencji wyborczej. W pierwszej turze głosu nie oddało 22,2 proc. uprawnionych. To najwyższy odsetek od 2002 roku, kiedy to Jean-Marie Le Pen, ojciec Marine, dostał się do decydującej rundy wyborów prezydenckich, a następnie przegrał z konserwatywnym kandydatem Jacques’em Chirakiem.

 

 

PAP
kd