Wielka armia z koszmaru prawicowca

Na lewo patrz! Tak, tak, na lewo, bo z której strony niby miałaby nadejść armia demonów rodem z koszmaru polskiego prawicowca?

 

O, rozpoznajecie tego owłosionego Europejczyka w różowej sukieneczce? To Dżender, zawsze gotów siłą odziać bezbronnych polskich chłopców w dziewczęce fatałaszki. Dżender, hit ubiegłego sezonu, w tym już nie jest taki trendy, bo wyparł go Okrutny Islamista, tak, to ten z maczetą przebrany za uchodźcę, gotów gwałcić, mordować i rabować polskie kościoły. Zaraz za nim kroczy Aborcjonista, Seryjny Morderca Płodów, gdy już się rozpędzi usunie każdą ciążę, na jaką się natknie. Drżyjcie, polskie matki, ani się obejrzycie, a już stracicie waszą szansę na pięćset plus, tysiąc plus, dwa i trzy tysiące plus! Za nimi podąża cała „cywilizacja śmierci” (a może po prostu cywilizacja?), by ateizować i unowocześniać, niszcząc „polską kulturę i religię”, czymkolwiek jest owa polska religia.

Armia demonów jest potrzebna prawicowym publicystom do straszenia, bo gdy już się kogoś przestraszy, to później łatwiej go ogłupić (to ma związek z działaniem ciała migdałowatego w naszym mózgu). A co z tymi odpornymi na to prawicowe straszenie? Czy oni niczego się nie boją? Mnie na przykład przeraża taki demon, który nazywa się Depopulacja. To nie jest stwór antropomorficzny, nie ma wielkich zębów ani maczety, ani nawet różowej sukieneczki. Jego oblicze to opustoszałe, wyludnione miasta i wsie. Według badań co piąty Polak wciąż myśli o wyjeździe z kraju. To, co nas powstrzymuje przed emigracją, to czynniki emocjonalne, a nie przywiązanie do świetnej pracy w Polsce. Zatem należałoby inwestować w więź obywateli z państwem. A co robi państwo polskie zamiast tego? Wyklucza.

Wyklucza tych mających poglądy inne niż władza, tych „stojących tam, gdzie stało ZOMO”, tych kochających i wierzących inaczej. Wyklucza mnie jako Ślązaka, a więc mieszkańca regionu, który jest teraz w Polsce, ale to tylko dlatego, że to Polska się tu pojawiła w efekcie swoich wielowiekowych podróży po mapie Europy. Dziewięćdziesiąt procent uczniów na Śląsku nie zna ani jednego wydarzenia i ani jednej postaci z dziejów swojej Małej Ojczyzny (po naszemu: „Heimatu”), zamiast tego ucząc się o „Litwie, ojczyźnie mojej”. Treści regionalne są praktycznie nieobecne w podstawie programowej, śląscy społecznicy obliczyli właśnie, że w ciągu dwunastu lat nauki na wiedzę o regionie przeznacza się… pół godziny.

Mimo apelów władz samorządowych, centralne władze oświatowe nie mają najmniejszego zamiaru zaradzić temu problemowi. Zatem kolejne pokolenia będą dorastały w poczuciu wykluczenia, a nie zakorzenienia. A to zakorzenienie mogłoby być właśnie tym czynnikiem emocjonalnym, który odegra kluczową rolę w chwili podejmowania decyzji: czy chcę tu pozostać i budować dobrobyt tutaj, czy wolę wyjechać do jakiegoś bardziej atrakcyjnego „gdzie indziej”. Wystarczyłoby odpowiednio zmodyfikować podstawę programową nauczania i dać nauczycielom w regionach możliwość kształtowania tego poczucia zakorzenienia. Zamiast tego jednak się wyklucza i straszy Dżenderami, Islamistami i Aborcją. Innymi słowy: ogłupia się.