”Zgwałcił mnie dwa razy”. ”Wkładał łapska we mnie”. ”Gwałciciele mieszkają kilka ulic dalej, wiodą normalne życie” – dramatyczne wyznania zgwałconej 26-latki.

Pamiętam, jak śmiał się też, że mam duży brzuch, na co odpowiedziałam, że właśnie poroniłam – dramatyczne wyznania zgwałconej brutalnie 26-letniej tłumaczki z Elbląga. 

 

Porządki Zbigniewa Ziobro, ostatnie wydarzenia w Rimini oraz zaostrzenie przepisów rozbudza stare sprawy gwałtów, dając ofiarom bestialskiego zachowania szansę na wymierzenie sprawiedliwości oprawcom, którzy bezkarnie przebywają na wolności.

 

Dziś na nowo odradza się sprawa gwałtu 26-letniej Polki, która została zgwałcona blisko 4 lata temu.  Moja sprawa toczy się już czwarty rok. Gwałciciele mieszkają kilka ulic dalej, wiodą normalne życie, a ja jestem na skraju wyczerpania – mówi, na łamach Faktu, pani Aleksandra z Elbląga.

 

Pani Aleksandra padła ofiarą gwałtu w nocy z 12 na 13 września 2013 roku podczas szkolenia w Kaliningradzie. 26-letnia tłumaczka uczestniczyła w szkoleniu razem z grupą pracowników z Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Elblągu. 

 

Dramat pani Aleksandry rozegrał się w nocy, po oficjalnej kolacji, w której brali również udział oskarżeni mężczyźni. Kobieta została dwukrotnie zgwałcona przez jednego z ratowników medycznych – Mariusza C. oraz zmuszona do wykonywania czynności seksualnych przez jednego Jarosława G. (ratownika i kolegę Mariusza C.).

 

W trakcie gwałtu miałam atak padaczki, który objawił się częściową utratą świadomości. Nie byłam w stanie się poruszyć, nie mogłam uciec. Zanim jeden z ratowników mnie zgwałcił, mówiłam mu, że jestem chora na epilepsję. Gwałciciel po prostu to wyśmiał – relacjonuje kobieta. 

 

Szczególnie brutalny wobec pani Aleksandry okazał się Mariusz C.. Zgwałcił mnie dwa razy. Był silny. Muskularny. Śmiał się z mojej choroby. Pamiętam, jak śmiał się też, że mam duży brzuch, na co odpowiedziałam, że właśnie poroniłam. Gwałcił mnie dalej. Potem był krótki atak padaczki. Widział chyba, że w czasie ataku nie mogę kontrolować ciała i po nim stałam się taka słaba… Zresztą ciągle, od początku byłam słaba, przerażona, płakałam, prosiłam by przestał, mówiłam o tym, że on ma żonę, ja męża i dzieci, a on wkładał łapska we mnie, przewrócił mnie na ziemię, czułam go w sobie, ten ogromny ból, rozrywający…

 

Pomimo tego, że podałam nazwiska sprawców, policjanci nie zamierzali ich niepokoić. Nikt się do nich nawet nie pofatygował. To ja zostałam potraktowana jak przestępca. Po dwóch tygodniach od złożenia zawiadomienia o gwałcie policja umorzyła sprawę. Dlaczego? Tego nie wiem do dziś. Musiałam wynająć prawnika, by na własną rękę dochodzić sprawiedliwości – mówi pani Aleksandra.

 

Pierwsza sprawa sądowa odbyła się w 2015 roku. Mariusz C. został skazany na 2 lata więzienia w zawieszeniu na 5 lat, natomiast Jarosław G., na 8 miesięcy pozbawienia wolności, w zawieszeniu na 3 lata. Wyrok sądu wywołał oburzenie, mimo to obie stony wniosły apelację. W ostateczności Sąd Okręgowy uchylił decyzję Sądu Rejonowego. Kobieta chciała, by sprawę przejął inny sąd, ale decyzją Sądu Najwyższego odrzucono jej wniosek.

 

Dlaczego naraża się mnie na kolejne przesłuchania, w tym samym miejscu, przez tych samych ludzi, dlaczego wciąż muszę żyć z tą traumą i przeżywać ją od nowa? – komentuje poszkodowana. 

 

Proces rozpoczął się ponownie w 2016 roku, pokrzywdzona nie stawiła się na rozprawy, za co została ukarana przez elbląski sąd mandatem w wysokości 500 zł. Pani Aleksandra w otwarty sposób mówi, że nie była w stanie spojrzeć na swoich oprawców. 

 

Nie chciałam mieć styczności z moimi oprawcami, a także z ich adwokatami, którzy potraktowali mnie w sposób karygodny. Dlatego walczyłam o wideokonferencję. Przez długi czas sąd ignorował moje pisma z prośbą o wideokonferencję i przysyłał kolejne wezwania na rozprawy. Nie stawiałam się na nich, bo sąd odmówił mi podstawowych praw, czyli pokoju przesłuchań dla ofiary gwałtu – tłumaczy.

 

Kobieta zapytana, czy zgłosiłaby sprawę na policję odpowiedziała – Prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na ten krok. Upokorzono mnie na wszystkie możliwe sposoby. Podczas licznych przesłuchań musiałam godzinami opowiadać o tym, jak tamtego wieczoru byłam ubrana, jaką miałam spódnicę, jakie majtki, ile wypiłam, jak wyglądał członek mojego oprawcy, jaki był kolor jego majtek. Kiedy się pomyliłam, usłyszałam, że kłamię, że konfabuluję. Na każdym kroku sprawdzano moją wiarygodność, podczas gdy ich wiarygodności nikt nie sprawdzał. To ja przez cały czas byłam i nadal jestem traktowana jak przestępca.

 

Jeden z nich mieszka blisko mnie. Na myśl, że mogłabym go spotkać czuję wstręt i strach. Dlaczego nigdy nie zostali zatrzymani? Przecież podałam policji ich nazwiska, na moim ciele znaleziono DNA oprawcy, a oni sami na początku do wszystkiego się przyznali.

 

Po nagłośnieniu mojej sprawy napisało do mnie wiele ofiar gwałtów. Sprawy większości z nich zostały umorzone. Moja sprawa toczy się już czwarty rok. W tym czasie moje ataki padaczki nasiliły się, mam stany lękowe i depresję. Na to wszystko patrzą moje dzieci. Nikt nigdy nawet nie zaproponował mi pomocy psychologicznej. Za wszystko płacę sama, za psychoterapię, za prawnika. Tymczasem, moi oprawcy wiodą normalne życie. Czy gdyby zgwałcili mnie uchodźcy, byliby już w więzieniu….

 

Kolejna rozprawa odbędzie się w październiku. Mam nadzieję, że dostaną wyroki bez zawieszenia, ponieważ podczas pierwszej rozprawy dostali śmieszne kary, porównywalne do kradzieży roweru. Może gwałt w Rimini w końcu coś zmieni, choć życzyłabym z całego serca tej skrzywdzonej kobiecie, żeby nigdy do niego nie doszło. Ogromnie jej współczuję.

 

źródło: Fakt

fot.: pixabay

kg